Edgar Allan Poe – „Szekspir Ameryki”
1809-1849

Był poetą przeklętym, talentem wyprzedzającym swą epokę, artystą niezrozumianym przez współczesnych. Jeszcze za życia lgnęły do niego rozmaite plotki, pogłoski, oszczerstwa. Jak koty, które uwielbiał i odkrył dla literatury. Umierając, pozostawił po sobie poezje i opowiadania, które przeczytają dopiero „późni wnukowie”, wątły płomień pamięci w ludzkich sercach i umysłach, detektywistyczną zagadkę i mgłę niedomówień, która szybko okrzepła w mit i legendę. Od ponad 150 lat jego niespokojny życiorys z białymi plamami „ubi leones” stanowi niezwykłe wyzwanie dla kolejnych pokoleń biografów, badaczy literatury, studentów, dziennikarzy i wszystkich tych, których zahipnotyzowała jego twórczość.

 
 
 
 
 
 
 
 

Niektórzy wręcz twierdzą, że świadomie wyreżyserował swoje życie, a może nawet śmierć, która przyszła nagle i za wcześnie. Kto wie, był przecież synem pary wędrownych aktorów... Jako opowiadacz własnej historii jest narratorem niewiarygodnym. Bo jakżeż mu wierzyć, gdy niczym kapryśna czterdziestolatka, nieznośnie myli daty swoich narodzin? Choć może to my, ludzie małej postmodernistycznej wiary, jesteśmy tacy sceptyczni. Dziewiętnastowieczna publiczność bez zmrużenia oka przełknęła zarówno bujdę o pierwszych wierszach pisanych w wieku lat siedmiu, jak i wyssaną z palca prasową wiadomość o pierwszej, epokowej zatem, podróży balonem przez Atlantyk. W licznych rekonstrukcjach jego biografii prawda miesza się wciąż ze zmyśleniem, hmm... może nawet przekraczającym ramy zakreślone przez Goethego: czy był rzeczywiście opiumistą? czy śladem Byrona wyjechał do Grecji w 1928 r., by wziąć udział w toczącej się tam właśnie antytureckiej irredencie? czy myśl o wyjeździe do Polski ogarniętej powstaniem listopadowym była planem na serio czy przelotną mrzonką? czy to on istotnie odkrył uroki absyntu, nim uczynili to francuscy piewcy dekadencji i malarze-niebieskie ptaki wąskich i stromych uliczek Montmartre’u?

Z grubsza rzecz biorąc są trzy legendy dotyczące jego postaci. Ta, która potępia go jako diabła i demona – jej twórcą jest ... jego przyjaciel Rufus Wilmot Griswold i ta europejska, autorstwa innego poète maudit, Charlesa Baudelaire’a, który na przekór amerykańskim purytańskim ideałom owego demona w nim gloryfikuje. I pośrednia - ani zimna, ani gorąca, letnia raczej i mdła: przypinająca artyście skrzydła i aureolę anioła.

Wszystkie te legendy opierają swój żywot na kilku wyselekcjonowanych danych z CV amerykańskiego poety i pisarza. Tragiczny bieg jego życia zdawał się wszak napisać stosowną uwerturę. Romantyczna miłość nieszczęśliwie zakończona przedwczesną śmiercią młodziutkiej żony, Wirginii Clemm; dziecięce sieroctwo i późniejsza artystyczna alienacja, nieustanna walka o ideały i literaturę z „wiatrakami” okrutnej i nieprzyjaznej rzeczom duchowym rzeczywistości; skłonność do szukania szczęścia lub zapomnienia w „sztucznych rajach”; rozbrat z konwencjonalną mieszczańską moralnością; melancholia „dziecięcia wieku”, a być może i poważniejsza choroba psychiczna – laboratorium francuskiej psychoanalityczki, Marii Bonaparte (tak, to z tych Bonapartów!), patologiczną diagnozę wzbogaci ona o wątki sadyzmu i nekrofilii; nieudana (czy prawdziwa?) próba samobójcza i wreszcie śmierć - dziwna, przerażająca, bulwersująca, niezrozumiała... I by dodać temu nieco pikanterii: fałszywy przyjaciel, zarazem spadkobierca jego literackiej schedy, którą po części zniszczył lub sfałszował... I jeszcze ten grób, przez wiele lat nieoznaczony, bez tabliczki, niczym mogiła bezimiennego.

Wzorcowa romantyczna biografia... Ach, czyżby? A gdyby popatrzeć na nią inaczej? Gdyby inne wydarzenia i daty wziąć pod uwagę? Bo może to nie Wirginia była jego Laurą – gdyby tak było, po cóż by wracał po latach do młodzieńczej sympatii, Elmiry Royster Shelton z kolejną ofertą małżeństwa? Po cóż uśmiercałby tak często bohaterki swych wierszy i prozy? Bo może fortuna tuż tuż miała się doń uśmiechnąć, zsyłając możliwość intratnej posady i otwierając widoki na otwarcie wymarzonego pisma „The Stylus”? Bo może tajemniczy jego zgon miał całkiem trywialną przyczynę? Bo może...

Jakkolwiek by było, Edgar Allan Poe przeżył pośmiertnie nawet swoich najbardziej zatwardziałych wrogów. Jako jeden z nielicznych pisarzy stworzył koherentną, do gruntu oryginalną i własną mitologię pisarską, system znaków i rekwizytów – wehikułów ważkich filozoficznych treści: jest w niej zegar, wieża i grób, kot, sobowtór i cień. To on pierwszy wysłał człowieka w kosmos. Bez niego nie byłoby Sherlocka Holmesa. Może i nawet horror byłby mniej straszny, a groteska mniej groteskowa. Zapisano go do kanonu literatury światowej, trafił do szkolnych podręczników, a od kilkudziesięciu lat zbiera swe popkulturowe pokłosie: dostarczył inspiracji producentom cygar i wiecznych piór, poznał smak najbardziej chyba amerykańskiego wynalazku – gumy do żucia, a kibiców z Baltimore nauczył nieco poezji. Ostatnio zastyga jako kiczowaty plastikowy gadżet – śmieszna, niepozorna figurka, groteskowa lalka w poświęconym mu muzeum w Richmond. ...Co? To Rzecki mówił coś o lalkach?

Domniemane przyczyny śmierci Edgara Allana Poe: pobicie (1857), epilepsja (1875, 1999), dipsomania (1921), atak serca (1921, 1997), zatrucie (1970), hipoglicemia (1979), cukrzyca (1977), odwodnienie spowodowane spożyciem alkoholu (1984), porfiria (1989), delirium tremens (1992), wścieklizna spowodowana ugryzieniem przez jedno ze zwierząt Poego (1996), morderstwo (1998), zatrucie tlenkiem węgla (1999), szantaż, upojenie alkoholem lub narkotykami, wykorzystanie jako fałszywego wyborcy i morderstwo; morderstwo na zlecenie masonów...

 

 
© 2006 Matthew Pearl. Autorka zdjęć Sigrid Estrada.
Oryginalny projekt graficzny Chris Costello
www.costelloart.com